wtorek, 12 lipca 2016

Rozdział III

Drużyna poszukiwawcza stała właśnie na wzgórzu, z którego widok rozciągał się na cały obóz herosów. Thalia zagwizdała tylko, a z cienia wyłoniła się pordzewiała taksówka. Zza szyby wyjrzała kobieta bez oczu. Tylko czy w takim razie na pewno "wyjrzała"? Skórę miała niezdrowo bladą, a na głowie naciągniętą na siłę czapeczkę z daszkiem, na której widniał napis "BEZPIECZNY KIEROWCA". Thalia całą drogę namawiała chłopaków, aby przebiegli dystans na wilkach łowczyń. Gdy wsiadała do samochodu była cała spięta. Drzwi same się zatrzasnęły i dwie staruchy odwróciły się do swoich klientów.
- Adres. - jedna z nich zaskrzeczała.
- Każde miejsce, na obrzeżach San Francisco. Zaraz... - Grover zamyślił się. - Poprzednim razem nie było Was... tak jakby więcej?
- Tak, ale jedna z nas wzięła urlop... Marlena musiała zabrać to głupie oko!
- Nie macie oka?! - do akcji wkroczyła, teraz już cała rozdygotana Thalia. - Marlena?!
- Kochanieńka, musimy dostosowywać się chociaż trochę do nowszych czasów, choć jak widzisz mamy lekki poślizg... Ostatnio imiona zmieniliśmy z dekadę temu. Wtedy to imię było popularne.
- No tak.

Nico znowu się uśmiechnął, co było zadziwiające. Percy odwzajemnił uśmiech, gdy zobaczył, że zdarzenia wczorajszego dnia nie zdołowały bruneta. Jechali już dobre 15 minut. Z prędkością 450 km/h powinni już być na miejscu. Dokładnie w tej samej chwili jak na życzenie wszyscy wgnietli się w fotele. Taksówka zatrzymała się na środku pola, w oddali słychać było szum autostrady. Thalia zapłaciła 35 drachm. Zatrzaskując drzwi burknęła w stronę Percy'ego:
- To kolejna sprawa, która powoduje, że wilki są lepszym transportem. Dasz im kawał mięsa i są zadowolone. Lepiej poszukajmy jakiegoś banku.
Wszyscy ruszyli w stronę drogi. Księżyc był w pełni. Co jakiś czas dobiegały ich narzekania ptactwa. Zboże trzeszczało. Powietrze było rześkie. Nico co jakiś czas spoglądał na szatyna. Za każdym razem łapał się na tym za późno. Jeden raz, drugi, trzeci... Tak bardzo cierpiał gdy widział, że martwi się o Annabeth. On go nie obchodził. Wiedział, że było to bardzo egoistyczne. Sam się sobą brzydził.
 "Przeklęty Jackson. Przeklęta Annabeth. " - z tą myślą ruszył przed siebie, zostawiając resztę w polu. Z jego myśli wciąż nie mógł wyjść Percy. Zmarznięty szedł przed siebie, na próżno próbując rozgrzać się. Jego ramiona dygotały. Nie wiadomo czy z zimna, czy gniewu. Był bezsilny. Nagle usłyszał pisk opon i trąbienie samochodu. Odwrócił się w bok. Jedyne co ujrzał to oślepiające światło. Czas jakby zwolnił. Każda setna sekundy trwała wieczność. W uszach pulsowała krew. Poczuł silne szarpnięcie do tyłu i krzyki przyjaciół. Za szybko. Wszystko wokoło zaczęło wirować. Świat zdawał się pod nim zapadać. Ostatnie co usłyszał to krzyk Thalii.

"Ja... umarłem?" - spytał nieśmiało. Nikt nie odpowiedział. - " Di Angelo... przecież to oczywiste... ale... nie! To nie może się stać! Nie teraz! " - krzyczał na cały głos. Zachowywał się jak dziecko. Małe i rozpuszczone. Zbyt dobrze znał Podziemie, aby nie wiedzieć w jakiej sytuacji znajdzie się nad tą cholerną rzeką. Jednak nie mógł pogodzić się z tym, że przeżył tyle sytuacji, a zabił go zwykły samochód. Nie, tak naprawdę doprowadził do tego jego gniew. Siedział... nie wiadomo ile, w Podziemiu czas płynie inaczej, gdy z mgły wyłoniła się, aż nazbyt dobrze mu znana łódka. Jednak coś było nie tak. Obok zakapturzonej postaci siedziała kobieta, odziana w srebrne ubrania. To było niesamowite. Ta osóbka kogoś mu przypominała, dobrze wiedział kogo, ale bał się, że czeka go kolejny zawód. Bał się dać sobie choć promyk nadziei. Czekał, aż łódź odpłynie. Była to kolejna poległa łowczyni. Jednak postać w kapturze zacumowała na brzegu. Przypłynęła po niego. Dziewczyna siedziała odwrócona, jednak gdy poczuła nagły wstrząs odwróciła się. Była... uśmiechnięta. I nie była Biancą. Twarz jednak była znajoma. Ujrzał Zoe Nightshade. Jak, kiedy, gdzie, co?! Miliony pytań cisnęły się brunetowi na usta. Bez odpowiedzi.
- Nico. Podejdź tu, proszę. Nie mogę tu być. Nie mogę również wyjść na ląd. - odezwała się Zoe.
Nico stał w bezruchu. Nie wiedział czy się zbliżyć, ale nie miał wyboru. Zoe była wyjątkowo blada, co nie jest dziwne, gdy jest się zmarłym.
- O co chodzi? - spojrzał na szatynkę z wyższością.
- Może trochę grzeczniej? To TY stoisz na krawędzi życia i śmierci, nie ja. Jestem martwa, chłopcze. Z pewnego powodu przysłano mnie tu, jak widzisz. Chodzi o Biancę.
Stara, krzykliwa łowczyni... zaraz. Bianca... Nico zaniemówił.
- Przykro mi, nie da się jej odratować. Chodzi o pewną rzecz, którą zostawiła za życia. To jej łuk. Jest w pobliżu miejsca, w którym zginęła. Chciałaby, abyś go zniszczył. Jest w nim zawarta ważna informacja. Dopóki nie powróci do właścicielki, ta nie będzie mogła udać się do Elizjum. Jest jeszcze jedna sprawa. Jak już wspomniałam, możesz pójść wraz ze mną. Sugeruję, abyś raczej poszukał innego rozwiązania. Niestety, Di Angelo, mój czas się kończy. Masz godzinę, na znalezienie wyjścia. Inaczej łódź znowu tu przypłynie. Pamiętaj o tym, co Ci przekazałam, Di Angelo.


Thalia oraz dwóch satyrów siedziało w ciszy. Na trawie leżał jeszcze ktoś. Nico. Nie poruszał się. Wszyscy płakali. Percy zaraz po tym, gdy zobaczył łowczynię niosącą syna Hadesa w ramionach, oddalił się. Pobiegł przed siebie. Zostawił ich wszystkich w potrzebie. W oczach Thalii był teraz zwykłym tchórzem i zdrajcą.

Percy biegł do pobliskiego lasu. Co chwilę krztusił się własnymi łzami. I krzyczał. Nie wiedział co ze sobą zrobić. To przez NIEGO jego przyjaciel, prawie jak... brat, umarł. Nie żyje. Śmiertelnik, który go potrącił odjechał z miejsca wypadku. Percy rozpaczliwie łapał powietrze. Dobiegł do lasu, ale stwierdził, że pobiegnie dalej. Po jego prawej stronie, w krzakach coś szeleściło. Wyjął Orkan. Na szczęście był to tylko królik. Szatyn usiadł na pniu. Wycieńczony, zasłabł.


Ode mnie:
Tak, gorgony są wszędzie. Tak, ten rozdział był napisany w połowie 2 tygodnie temu. Tak, postaram się aby było weselej, bo na razie to tylko ludzie znikają, mdleją, mają depresję i umierają. To tyle.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Pod klątwą #1


Hej! Tutaj opowiadanie, na które naszła mnie wena i tak oto powstało sobie przy muzyce. Być może zrobię z niego drugą serię. O ile się Wam spodoba (jak na razie piszę to do 2-3 osób, ale co tam, oficjalny początek musi być, nie :D?).

Nico

Zbliżały się wakacje. Nico już nie mógł się doczekać chwili, w której opuści mury więzienia, zwanego "szkołą specjalną". Mniej groźnych potworów było tu na pęczki. Po prostu był tym wszystkim zmęczony. W zeszłym tygodniu spotkał zabłąkaną gorgonę, nową kasjerkę sklepiku szkolnego. Teraz zapewne będzie go prześladować całą drogę do obozu. Tak, Jason i Leo namówili go na wyjście z Podziemia. Bał się. Bał się, że codziennie będzie musiał mijać się z Annabeth i Percy'm, że ciągle będzie wytykany palcami, że znowu przywiedzie ze sobą kłopoty, że ktoś odkryje jego tajemnice. W dodatku musi zaopiekować się heroską, którą spotkał w jednej z młodszych klas, w internacie. Nie miała nic do obrony, a co rusz znajdowały ją najróżniejsze greckie (i rzymskie!) postrachy. Działała na nie jak lep na muchy. Do jego gimnazjum przeniosła się parę tygodni temu. Nico ratował ją już wiele razy, niestety zaraz po jego nadejściu ona po prostu znikała.
Z zamyślenia wyrwała go właśnie ów gorgona. Stała na środku pustego korytarza. Wokół nie było nikogo. Nie przepuściła tej okazji. Bez słowa rzuciła się w jego stronę. On tylko wyjął swój miecz i pobiegł prosto na nią. Gorgona jednak potraktowała go niczym powietrze i pobiegła w stronę siedzącej dwieście metrów dalej brunetki z słuchawkami na uszach, jednak ta dalej nie ruszała się, pogrążona w swoim świecie. Gdy była już prawie przy niej, Nico teleportował się cieniem.
Jedna sekunda.
Dwie.
Trzy...
Za późno. Pazury potwora właśnie dosięgnęły celu. Dziewczyna zwinęła się z bólu, spojrzała na koszulę, na której widniała czerwona plama, po czym wymamrotała parę, z pozoru nic nieznaczących słów. Nico, który właśnie pozbawił gorgonę paru węży, usłyszał tylko pojedyńcze słowa: pomoc, matka i... Demeter. Dziewczyna mówiła po grecku. Zza szkolnej ławki wystrzeliła wszelka roślinność, a jego przeciwniczka rozsypała się w proch. Nie było czasu na namysły. Podbiegł do córki Demeter. Jej koszula była rozdarta, po ramieniu spływała krew. Dziewczyna była wykończona. Z bliska dostrzegł, że jest również mocno posiniaczona.
- Źle, źle, źle... trochę ambrozji. Choć trochę... - gorączkowo przegrzebywał swoją torbę. W najmniejszej, ukrytej kieszeni znalazł resztę batonika. Na opakowaniu widniał napis " O smaku porzeczki z dodatkiem ambrozji. Trzymać z daleka od dzieci i śmiertelników! " Wcisnął przysmak pomiędzy wargi poszkodowanej. Ona z widocznym trudem połknęła kawałek. Krwawienie ustało, a niektóre sińce zniknęły. Nico odetchnął z ulgą. Gdy otworzyła oczy, oszołomiona od razu zerwała się do ucieczki. Jednak on był szybszy. Złapał ją za niebieską, kraciastą (za dużą o conajmniej 3 rozmiary, więc to nie było trudne) koszulę. Popatrzyła na niego dzikim wzrokiem. Szarpała się jak mogła, ale milczała. W końcu powiedziała czystą greką coś w stylu "Puść mnie dupku, poradzę sobie sama.", a jej twarz wyrażała pogardę. Nico odpowiedział jej tylko oschłe "Nie". Najwyraźniej zaniepokojona tonem starszego herosa usiadła na ławce.
- Nie mamy czasu. Zabiorę Cię do miejsca dla takich, jak my.
Ona tylko pokiwała przecząco głową. Brunet westchnął, po czym powiedział to samo po grecku.
- Takie miejsce istnieje?! - odpowiedziała greką.
- Tak. Spadamy, ta gorgona wywołała niezłe zamieszanie. Nie ukrywam, że Twój krzyk miał w tym spory udział. Chwyć mnie za rękę.
Posłusznie zrobiła to. Dookoła ich zebrała się ciemność. Stali tak, w bezruchu jeszcze nie więcej niż pięć minut. Nagle oślepiło ich niewiarygodne światło. Znajdowali się na wzgórzu. W dolinie było widać obóz Herosów. Wszyscy zajmowali się swoimi sprawami. Od strony areny dobiegał szczęk stali. Ćwiczenia dla nowych herosów. Nico ruszył w dół nieśpiesznym krokiem, chowając dłonie w kieszenie. Po chwili nie słysząc kroków heroski odwrócił się. Stała na wzgórzu, przyglądając się obozowemu życiu z... niesmakiem? Strachem? Zdziwieniem?
Ciężko było ją rozgryźć.
- Słuchaj. Schodzimy tam, bo nigdzie indziej nie będziesz bezpieczna, a ja nie będę czekać cały dzień. Jasne?
- Tak...

Tym razem zeszli razem. Na dole zebrała się spora grupa obozowiczów, z Chejronem na czele.
- Nico! - rzucili się: Jason, Piper, Leo, Annabeth i Grover.
" Percy'ego ani śladu..." - pomyślał z ulgą. Gdy wszyscy się przywitali, ich wzrok spoczął na osóbce z tyłu.
- Aaa... Chejronie? Musimy porozmawiać. Teraz. - szybko, widząc to, Syn Hadesa wciął się wszystkim w zdanie, którzy już pytali kto to. Chejron natychmiast wychwycił zniecierpliwienie, błąkające się w oczach Nica. Biały ogier pokłusował szybko do Wielkiego Domu, ciągnąc za sobą dwóch zagadkowych herosów. Jeden bardziej od drugiego...
Dyskutowali już dobre pół godziny, gdy do środka wbiegł zdyszany Percy.
- Chejronie! Wokół obozu kręci się mnóstwo potworów. - widząc Nica zesztywniał. Jak on się tu znalazł? Po dłuższej chwili odwrócił wzrok, udając, że jest zbyt zajęty raportem. Nico poczuł się, jakby ktoś przeszył jego serce sztyletem. Zabolało. Bardzo. Jego miłość, przyjaciel, obiekt westchnień udaje, że go w ogóle nie ma. Odsunął się od stołu i po cichu wyszedł. Nie miał najmniejszej ochoty widzieć Jacksona dłużej, niż to potrzebne. Na szczęście nikt go nie zauważył, a w każdym razie nie powstrzymał. Zbliżała się pora obiadu, więc jedyne co mu pozostało, to udać się do pawilonu jadalnego...


Argea

Śmieszne miejsce, ten obóz. Siedzę przed Nickiem i tym drugim... Chejronem. Cały czas mówią w obcym mi języku. Jak dobrze, że chociaż Nico umie MÓWIĆ DOBRZE po grecku. U większości herosów ta umiejętność zanika. Syn Hadesa wciąż pyta mnie o różne rzeczy. Wszyscy myślą, że nic nie rozumiem. Jak dziecko. Już spędziliśmy pół godziny na rozmowie, kiedy nagle Nico odszedł od stołu. Wyszedł, akurat gdy przyszedł ten drugi chłopak. Chejron jeszcze chwilę z nim rozmawiał po czym spojrzał na mnie. Znieruchomiałam. Jego spokojne spojrzenie zbiło mnie z tropu.
- A więc mówisz... że zostałaś wychowana na Olimpie? Jak to możliwe?
- Najzwyczajniej w świecie. Matka mnie zatrzymała. Najwyraźniej przypominam jej starą córkę. - odpowiedziałam.
- Przeciętny heros nie dożywa sam paru lat, bez możliwości obrony... również nie jest wychowany na Olimpie, nie ucieka z niego, narażając się na gniew rodzica i nie przyciąga tylu potworów. Mamy teraz niezły problem... - spojrzał na zegar. - Oho! Pora obiadowa, pewnie jesteś głodna. Pawilon jadalny jest...
- Tak, wiem. Na lewo, a potem skręcam w prawo. Obok domku Dionizosa (ciekawe czemu).
Starałam się jak najszybciej skończyć tą rozmowę. Chjron już nic nie mówił, więc udałam się coś zjeść. Po drodze minęłam wszystkie domki. Robiły wrażenie. Jestem ciekawa, jak im powiem, że jestem córką dwóch bogów, ale z jakiegoś powodu urodziłam się heroską. To nienormalne. Na razie zatrzymam ten sekret dla siebie. Może nigdy nie ujrzy światła dziennego. Na "stołówce" nastolatkowie z jednego stolika machali do mnie i krzyczeli. Pewnie wieść o dziwnej córce Demeter rozeszła się w oka mgnieniu. Za pewne chłopak, który przybiegł do Chejrona wszystko rozgadał. Ok, usiadłam przy stoliku Demeter. Przed moim nosem pojawił się talerz z moją ulubioną potrawą. Grillowane warzywa. Ich aromatyczny zapach wypełnił całą stołówkę. Batonik od Nica zaspokoił mój żołądek (o podniebieniu nie mogę tak powiedzieć, grillowane warzywa i porzeczka to nie jest najlepsze połączenie, nie próbujcie), więc od razu poszłam do trójnogu. Wrzuciłam wszystko w ogień i wymamrotałam:
- Dla moich rodziców, Demeter i Apolla. Może w końcu powiecie mi do cholery, co to ma znaczyć?! - chyba ostatnie słowa krzyknęłam ciut za głośno, bo wszyscy odwrócili się w moją stronę. Od razu przeklnęłam się w duchu, ale myśli jakie mi przeszły przez głowę nie nadają się do publikacji. Niby nic takiego, jestem córką dwóch bogów, wychowałam się na Olimpie. Moi rodzice i tak wiedzą gdzie jestem, ale na szczęście nie próbują mnie na nowo ściągnąć na górę. Niepodobne do nich. Trochę się tego obawiam. Zeus chciałby, abym została boginią górskich pieśni. No proszę Was. Niestety z niewiadomych przyczyn urodziłam się śmiertelna. Coś poszło nie tak. Wada produkcyjna... Z równie dziwnego i nieokreślonego powodu w dniu moich 10 urodzin zostałam wyrzucona za drzwi. Zlądowałam w domu dziecka. Zastanawiałam się, nad zostaniem boginią. Problem w tym, że nie mogę. Noszę na sobie coś w rodzaju klątwy z nikąd... W sumie, to przy rozmowie z centaurem trochę pozmyślałam... no dobra, większą część... ok, macie mnie, całość była zmyślona. Z rozmyślania wyrwało mnie nagłe poruszenie całej grupy. Wszyscy odwrócili się w stronę stolika kadry. Dziewczyna o rudych włosach wstała. Bił od niej zielony blask. Przemówiła. Po grecku. Oczy wszystkich wyrażały przerażenie. Dziewczyna upadła na podłogę, po czym jakby nic się nie wydarzyło usiadła i zabrała się do jedzenia. Nie wiem, czy wszyscy to zrozumieli. Wiem jedno. Słowa płynące z ust rudej dziewczyny mówiły o mnie.

*********************************************************************************
Mam nadzieję, że miło się Wam to czytało :). Troszkę pogmatwane, ale mam nadzieję, że mniej więcej zrozumiałe (wyjaśni się w kolejnych częściach ;) )

Trzymajcie się, do następnego posta :)!