Drużyna poszukiwawcza stała właśnie na wzgórzu, z którego widok rozciągał się na cały obóz herosów. Thalia zagwizdała tylko, a z cienia wyłoniła się pordzewiała taksówka. Zza szyby wyjrzała kobieta bez oczu. Tylko czy w takim razie na pewno "wyjrzała"? Skórę miała niezdrowo bladą, a na głowie naciągniętą na siłę czapeczkę z daszkiem, na której widniał napis "BEZPIECZNY KIEROWCA". Thalia całą drogę namawiała chłopaków, aby przebiegli dystans na wilkach łowczyń. Gdy wsiadała do samochodu była cała spięta. Drzwi same się zatrzasnęły i dwie staruchy odwróciły się do swoich klientów.
- Adres. - jedna z nich zaskrzeczała.
- Każde miejsce, na obrzeżach San Francisco. Zaraz... - Grover zamyślił się. - Poprzednim razem nie było Was... tak jakby więcej?
- Tak, ale jedna z nas wzięła urlop... Marlena musiała zabrać to głupie oko!
- Nie macie oka?! - do akcji wkroczyła, teraz już cała rozdygotana Thalia. - Marlena?!
- Kochanieńka, musimy dostosowywać się chociaż trochę do nowszych czasów, choć jak widzisz mamy lekki poślizg... Ostatnio imiona zmieniliśmy z dekadę temu. Wtedy to imię było popularne.
- No tak.
Nico znowu się uśmiechnął, co było zadziwiające. Percy odwzajemnił uśmiech, gdy zobaczył, że zdarzenia wczorajszego dnia nie zdołowały bruneta. Jechali już dobre 15 minut. Z prędkością 450 km/h powinni już być na miejscu. Dokładnie w tej samej chwili jak na życzenie wszyscy wgnietli się w fotele. Taksówka zatrzymała się na środku pola, w oddali słychać było szum autostrady. Thalia zapłaciła 35 drachm. Zatrzaskując drzwi burknęła w stronę Percy'ego:
- To kolejna sprawa, która powoduje, że wilki są lepszym transportem. Dasz im kawał mięsa i są zadowolone. Lepiej poszukajmy jakiegoś banku.
Wszyscy ruszyli w stronę drogi. Księżyc był w pełni. Co jakiś czas dobiegały ich narzekania ptactwa. Zboże trzeszczało. Powietrze było rześkie. Nico co jakiś czas spoglądał na szatyna. Za każdym razem łapał się na tym za późno. Jeden raz, drugi, trzeci... Tak bardzo cierpiał gdy widział, że martwi się o Annabeth. On go nie obchodził. Wiedział, że było to bardzo egoistyczne. Sam się sobą brzydził.
"Przeklęty Jackson. Przeklęta Annabeth. " - z tą myślą ruszył przed siebie, zostawiając resztę w polu. Z jego myśli wciąż nie mógł wyjść Percy. Zmarznięty szedł przed siebie, na próżno próbując rozgrzać się. Jego ramiona dygotały. Nie wiadomo czy z zimna, czy gniewu. Był bezsilny. Nagle usłyszał pisk opon i trąbienie samochodu. Odwrócił się w bok. Jedyne co ujrzał to oślepiające światło. Czas jakby zwolnił. Każda setna sekundy trwała wieczność. W uszach pulsowała krew. Poczuł silne szarpnięcie do tyłu i krzyki przyjaciół. Za szybko. Wszystko wokoło zaczęło wirować. Świat zdawał się pod nim zapadać. Ostatnie co usłyszał to krzyk Thalii.
"Ja... umarłem?" - spytał nieśmiało. Nikt nie odpowiedział. - " Di Angelo... przecież to oczywiste... ale... nie! To nie może się stać! Nie teraz! " - krzyczał na cały głos. Zachowywał się jak dziecko. Małe i rozpuszczone. Zbyt dobrze znał Podziemie, aby nie wiedzieć w jakiej sytuacji znajdzie się nad tą cholerną rzeką. Jednak nie mógł pogodzić się z tym, że przeżył tyle sytuacji, a zabił go zwykły samochód. Nie, tak naprawdę doprowadził do tego jego gniew. Siedział... nie wiadomo ile, w Podziemiu czas płynie inaczej, gdy z mgły wyłoniła się, aż nazbyt dobrze mu znana łódka. Jednak coś było nie tak. Obok zakapturzonej postaci siedziała kobieta, odziana w srebrne ubrania. To było niesamowite. Ta osóbka kogoś mu przypominała, dobrze wiedział kogo, ale bał się, że czeka go kolejny zawód. Bał się dać sobie choć promyk nadziei. Czekał, aż łódź odpłynie. Była to kolejna poległa łowczyni. Jednak postać w kapturze zacumowała na brzegu. Przypłynęła po niego. Dziewczyna siedziała odwrócona, jednak gdy poczuła nagły wstrząs odwróciła się. Była... uśmiechnięta. I nie była Biancą. Twarz jednak była znajoma. Ujrzał Zoe Nightshade. Jak, kiedy, gdzie, co?! Miliony pytań cisnęły się brunetowi na usta. Bez odpowiedzi.
- Nico. Podejdź tu, proszę. Nie mogę tu być. Nie mogę również wyjść na ląd. - odezwała się Zoe.
Nico stał w bezruchu. Nie wiedział czy się zbliżyć, ale nie miał wyboru. Zoe była wyjątkowo blada, co nie jest dziwne, gdy jest się zmarłym.
- O co chodzi? - spojrzał na szatynkę z wyższością.
- Może trochę grzeczniej? To TY stoisz na krawędzi życia i śmierci, nie ja. Jestem martwa, chłopcze. Z pewnego powodu przysłano mnie tu, jak widzisz. Chodzi o Biancę.
Stara, krzykliwa łowczyni... zaraz. Bianca... Nico zaniemówił.
- Przykro mi, nie da się jej odratować. Chodzi o pewną rzecz, którą zostawiła za życia. To jej łuk. Jest w pobliżu miejsca, w którym zginęła. Chciałaby, abyś go zniszczył. Jest w nim zawarta ważna informacja. Dopóki nie powróci do właścicielki, ta nie będzie mogła udać się do Elizjum. Jest jeszcze jedna sprawa. Jak już wspomniałam, możesz pójść wraz ze mną. Sugeruję, abyś raczej poszukał innego rozwiązania. Niestety, Di Angelo, mój czas się kończy. Masz godzinę, na znalezienie wyjścia. Inaczej łódź znowu tu przypłynie. Pamiętaj o tym, co Ci przekazałam, Di Angelo.
Thalia oraz dwóch satyrów siedziało w ciszy. Na trawie leżał jeszcze ktoś. Nico. Nie poruszał się. Wszyscy płakali. Percy zaraz po tym, gdy zobaczył łowczynię niosącą syna Hadesa w ramionach, oddalił się. Pobiegł przed siebie. Zostawił ich wszystkich w potrzebie. W oczach Thalii był teraz zwykłym tchórzem i zdrajcą.
Percy biegł do pobliskiego lasu. Co chwilę krztusił się własnymi łzami. I krzyczał. Nie wiedział co ze sobą zrobić. To przez NIEGO jego przyjaciel, prawie jak... brat, umarł. Nie żyje. Śmiertelnik, który go potrącił odjechał z miejsca wypadku. Percy rozpaczliwie łapał powietrze. Dobiegł do lasu, ale stwierdził, że pobiegnie dalej. Po jego prawej stronie, w krzakach coś szeleściło. Wyjął Orkan. Na szczęście był to tylko królik. Szatyn usiadł na pniu. Wycieńczony, zasłabł.
Ode mnie:
Tak, gorgony są wszędzie. Tak, ten rozdział był napisany w połowie 2 tygodnie temu. Tak, postaram się aby było weselej, bo na razie to tylko ludzie znikają, mdleją, mają depresję i umierają. To tyle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz