czwartek, 8 września 2016

Miniaturka #1 Solangelo

  Po długiej przerwie blogmam nadzieje, odżywa. Ten one - shot pisałam z koleżanką, która dołączyła do mnie, jak widać w poprzednim poście xd. No nic, zapraszam do lektury! :D
Pewnego poranka Will siedział na balkonie i pił swoją poranną kawę. Słońce grzało przyjemnie jego stopy i myśl, że to jego ojciec, sprawiła, że trochę się zmieszał i ubrał buty. Chwilę jeszcze posiedział, gdy nagle poczuł chłód bijący z lewej strony. Od razu wiedział, że obok niego stoi di Angelo. Śmierdział trupem. Will obiecał sobie, że zapewni mu dobry dezodorant, choć zapach zgnilizny go pociągał. Syn Apolla miał tylko nadzieję, że Nico jako syn Hadesa nie grzebie w zmarłych. Choć byłaby to fajna sprawa. Pacjenci których nie udało by się uratować trafiali by prosto do domku Hadesa.
 - Solace. - przywitał się chłodno Nico.
  • Yyy… Nico cześć. Co ty tu robisz?
Di Angelo przewrócił oczyma.
  • Stoję. Nie ogarnięty jesteś jak na lekarza.
  • Dobra nie zgrywaj się - powiedział Will z uśmiechem. - Po co tu przyszedłeś?
Syn Hadesa zwlekał z odpowiedzią. Blondyn dostrzegł w jego oczach ten chwilowy blask, dla którego właśnie znosił zapach Podziemia. Bardzo lubił uszczęśliwiać Nica.
  • “Zachowujesz się jak matka. Przestań, Solace” - pomyślał zakłopotany. Nie umiał oderwać oczu od chłopaka. Jednak w głębi duszy wiedział, że szanse, aby Nico był “taki jak on” są zerowe. Wymienili kilka szybkich zdań. Typowa gadka, aby zatrzymać drugą stronę. A to o pogodzie (pomińmy, że w obozie pogoda była prawie zawsze taka sama), a trochę o sprzęcie do ćwiczeń. Rozmawiali nawet o podwyżkach dla Chejrona. Skończyło się na rozmowie o dzisiejszej bitwie o sztandar. Chejron objaśnił już skład drużyn. Willa za bardzo to nie obchodziło. Ważne było to, że był z Nikiem.
  • W sumie to nie mam co robić przed bitwą. - oznajmił Will mając cichą nadzieję, że Nico zaproponuję jakąś wspólną rozrywkę.
Jednak di Angelo tylko spojrzał na niego kątem oka nieznacznie unosząc kąciki ust.
  • No… wiesz ja też. O już nawet wiem co zrobię.
  • Naprawdę? Co? - Will szczerzył się głupkowato wiedząc, że Nico go gdzieś zaprosi.
  • Chyba pójdę do mojego domku. Sam. No, bo wiesz mieszkam tam sam. Więc pójdę sam.
Twarz Nica była ponura i bezbarwna jak zwykle. Jednak tak naprawdę Nico miał ochotę parsknąć śmiechem na widok miny Willa. Blondyn wyglądał jak szczeniaczek, któremu właśnie dano zabawkę, a następnie brutalnie odebrano. Nagle Nico poczuł coś dziwnego. To… jakby… poczucie winy? Czemu zrobił to Willowi? Nie chciał sprawić mu przykrości. Właściwie to chętnie spędził by czas z synem Apollina (czego nie przyznał by się, nawet będąc torturowanym). Pożałował swojego zachowania co było niecodziennym zjawiskiem.
  • E… to ten tego… może jednak gdzieś pójdziemy? Poćwiczymy? - burknął Nico czując, że jego policzki czerwienieją.
Di Angelo nigdy nie mógł się nadziwić jak szybko może się zmienić twarz Willa. Rozpromieniony Solace chwycił Nica za rękę i wyciągnął na dwór.
  • Hej puszczaj! - zaprotestował syn Hadesa gdy znaleźli się na powietrzu.
  • Spokojnie kumplu Śmierci. - Will wciąż się uśmiechał jednak posłusznie puścił syna Hadesa.
Nico uczynił krok do przodu po czym odwrócił się nagle wbijając wzrok w Willa.
  • Nie. Nazywaj. Mnie. Tak.  
Jasnowłosy uniósł ręce do góry w obronnym geście. Nico ruszył do zbrojowni słysząc za sobą chichot Willa.
  • Niezły jesteś. - wysapał Will, a następnie wyszczerzył się do Nica. - ale i tak wygrałem.
Di Angelo prychnął wzgardliwie. Szczerze on sam był pod wrażeniem ile siły ma syn Apolla. Will zajmował się medycyną, ale walczył niczego sobie. Nico z żalem przyjął porażkę.
Ćwiczyli już około dwóch godzin. W tym czasie syn Hadesa raz wygrywał raz przegrywał jednak mimo swoich zdolności, starszy chłopak zwyciężył.
  • Zgłodniałem. Chyba powinnyśmy już pójść jeść. - Blondyn wyrwał Nica z rozmyśleń.
  • Tak. Racja.
Syn Apolla zdziwił się teatralnie.
  • Niesłychane! Nico, syn Hadesa, władcy podziemi przyznaje mi rację! Czy ktoś to widział?! - zaczął rozglądać się dookoła.
  • Oh zamknij się, Solace.
Will zaczął się śmiać.
  • “Ale on pięknie się śmieje” - pomyślał Nico. Zaraz. Pięknie? Nico ogarnij się najpierw Percy teraz Will?
Syn Hadesa po wyznaniu prawdy synowi Posejdona czuł się niesamowicie. Nareszcie wyzbył się tego ciężaru, a najlepsze było to, że teraz nikt mu się nie podobał. No tak. Oczywiście nie nacieszył się na długo. Na jego twarzy pojawił się dobrze znany Willowi wyraz, jednak starał się grać dobrą miną do złej gry. Will oczywiście to wyczuł i zabrał bruneta na jego ulubione burittos. Nie było to trudne, zważywszy, iż talerze w stołówce napełniały się tym, na co dana osoba miała ochotę. Blondyn jednak postarał się. Poszedł do Chejrona, po czym wrócił z promiennym uśmiechem do Nica wymachując mu zgodą na opuszczenie terenu. Było to całkiem miłe z jego strony, więc Syn Hadesa zgodził się. Knajpka, do której poszli była dość… jakby to nazwać, mało zbadana. Tak, ZBADANA. Ponieważ gdy tylko podeszli do kasjerki po blacie przebiegł szczur. Nico z grzeczności starał się to puścić mimo oczu, z grzeczności. Zamówili po jednym burittos oraz soku pomarańczowym. Obydwaj rzucili się na jedzenie jak wilki. Było pyszne, pomimo słabego wyglądu lokalu. Teraz brunet zrozumiał, czemu Will wybrał ten bar. To było najlepsze burittos na świecie! Will spoglądał w swoje burittos zgłodniałym wzrokiem. Nie, patrzył na… niego. Nico zrobił się cały czerwony i spuścił wzrok. Will wytarł kąciki ust i poszedł zapłacić. Gdy wrócił Nico miał już na sobie swoją kurtkę.
  • Musimy się pośpieszyć. Chejron powiedział, że mamy zdążyć na bitwę.
Nico kiwnął głową.
Droga powrotna minęła im raczej spokojnie. Jakaś zagubiona gorgona, która podawała się za sprzedawczynię waty cukrowej obrzuciła nią Willa i Nica wrzeszcząc, że utopi ich w cukrze, a ich słodkie martwe ciała sprzeda za dobrą cenę. Biznes niczego sobie.
Gdy truchtem wbiegli do obozu (groźby gorgony skłoniły do biegu) wszyscy na nich czekali.
  • No tu jesteście! - Annabeth oddzieliła się od zbitej grupki herosów z drużyny niebieskiej. - czekaliśmy na was. Chodźcie.
  • Ale… - zaczął Will.
  • Jakie “ale”? Musimy wygrać, a musimy jeszcze dopracować strategię.
  • Tak, tak, ale…
  • Prze…
  • Ann! - Will podniósł głos, ale jego twarz się nie zmieniła. Nadal był pogodnym chłopakiem. - nie mamy zbroi.
Annabeth wydawała się zbita z tropu. Obrzuciła ich spojrzeniem i przyznała Willowi rację.
  • Tylko szybko.
Herosom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Pobiegli razem do zbrojowni.


Kiedy przywdziali zbroję i uzbroili się,  dołączyli do swojej drużyny.
Annabeth właśnie objaśniała wszystkim ich role. Obok niej stał Percy. Gdy zobaczył Willa i Nica wbił wzrok w ziemię. Nica zastanowiła jego reakcja. Miał nadzieję, że Percy nie boi się, że on nadal się w nim kocha. Nagle zorientował się, że ktoś do niego mówi.
  • Halo Nico?
  • Yyy tak?
Zauważył, że wszyscy na niego patrzą. Może z wyjątkiem Percy’ego.
  • Słyszałeś co do Ciebie mówiłam? - zapytała zniecierpliwiona Annabeth.
  • No tak. To znaczy trochę. No dobra nie.
Dziewczyna westchnęła.
  • Ty i Percy biegniecie po flagę z tej strony - wskazała jakieś miejsce na mapce.
  • Jasne.
Gdy tylko odbiegli na taką odległość, by nikt ich nie widział i nie słyszał Nico powiedział z śmiertelną, typową dla niego powagą:
  • Jackson. Rozdzielmy się. Szybciej znajdziemy flagę.
  • Dobrze.
Nico pobiegł na południe, w stronę lasu, a Percy na wschód, w stronę strumienia.
Od kilku miesięcy, konkretniej od spotkania z Erosem, Percy’ego męczyło mnóstwo pytań. Gdy usłyszał, że jego przyjaciel się w nim podkochuje, niemal zerwał z nim kontakt. Nie był tolerancyjny. Wiedział, że to złe, jednak nie potrafił tego zaakceptować. Zdążył już zapomnieć o nękających go myślach, ale gdy zobaczył Nica z Willem poczuł… zazdrość? Sam nie  wiedział. I właśnie tamten moment sprawił, że pytania sprzed roku powróciły. Czy on czuje czegoś do Nica? Nie umiał na to pytanie odpowiedzieć. Choć raczej nie chciał. Za każdym razem starał się myśleć o czymś innym, wmawiał sobie, że jest inaczej. Jednak ostatni sen, w którym nawiedziła go Afrodyta, upewnił go, że się nie mylił. Z zamyślenia wyrwały go (dosłownie) pędy winorośli. To jeden z synów Dionizosa, stwierdził, że fajnie będzie złapać go na całkowitym zamyśleniu. I prawie udałoby mu się to, ale Percy zdążył odrąbać grubsze gałęzie. Zaczął pędzić co sił w nogach. W końcu zgubił swój ogon, ale zorientował się, że wpadł na małą polanę. Na środku stał sztandar. Wybiegł prosto przed siebie i nagle Nico pojawił się obok niego. Percy był oszołomiony przez sekundę, ale zaraz się pozbierał.


Percy próbował się uśmiechnąć choć niezbyt mu to wyszło.
  • Cóż, myślałem, że będzie trudniej. - przyznał Percy.
W następnej chwili powiedzenie “Nie mów hop, póki nie przeskoczysz.” okazało się bardzo trafne.
Za nimi rozległ się złowieszczy śmiech.
  • Ha ha ha ha.
Percy i Nico odwrócili się jak na komendę.
Za nimi stał chuderlawy chłopak. O ile Percy dobrze pamiętał był synem Hermesa.
Syn Posejdona uznał, że jeden chłopak i to jeszcze tak mizerny nie może stanowić kłopotu. Tak. Zapeszył ponownie. Gdy tylko Percy wyjął miecz i postąpił krok do przodu poczuł, że spada. Następnie wylądował na czymś miękkim jak poduszka. Tylko to nie była jedna poduszka. W następnej  chwili usłyszał okrzyk bólu i zorientował się, że to on wydał z siebie okrzyk.
  • Au. Czekaj - Percy słyszał głos Nica nad sobą. Zdał sobie sprawę, że syn Hadesa leży na nim. Zaczął się wiercić niespokojnie.
  • Percy spokojnie. - Nico wygramolił się jakoś z nad Percy’ego.
 Oboje zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu, a raczej dziurze w której się znaleźli. Panował tam półmrok. Nad nimi była zamknięta drewniana klapa. Super. A pod…? Percy złapał za jedną z poduszek. Była to poduszka w kształcie różowego jednorożca siedzącego na tęczy z błogim uśmiechem. Percy szybko zauważył, że wszystkie poduszki są tak naprawdę tęczowymi jednorożcami. Aha.
Nico pomasował się po głowie.
  • Jak myślisz kiedy nas wyciągną?
  • Nie mam pojęcia. Mogli by chociaż dać coś do jedzenia - mruknął zielonooki.
Zaczął układać sobie wygodne siedzisko z rogatych koni. Kiedy było mu już wygodnie próbował zachować spokój. Jest w jednym pomieszczeniu z Nikiem. Są sami. Wokół jest pełno tęczy. Nie, nie myśl o tym.
Może nadeszła ta chwila? Ale… Percy sam nie wiedział czy czuje coś do Nica. Dobra… wiedział już, że syn Hadesa mu się podoba.
Syn Posejdona zerknął na ciemną postać Nica wyróżniającą się z pośród kolorów. Ten rozłożył się i przymknął oczy wyraźnie zmęczony po bitwie. Percy uśmiechnął się lekko na ten widok.
W tej chwili Nico podniósł jedną powiekę.
  • Co? - zapytał.
  • Nic. - odpowiedział Jackson. Trochę za szybko.
Nico też to zauważył, bo uniósł jedną brew.
  • Słuchaj Percy ostatnio zachowujesz się dziwnie. O co ci chodzi? Masz coś do mnie?
Zakłopotany syn boga mórz przygryzł wargę. Di Angelo patrzył wyczekująco. Percy odetchnął bezgłośnie. Da radę. Musi.
  • Okej. Powiem ci tylko się nie śmiej. Bo od jakiegoś czasu… hmm… no czuję… coś… do… yyy.... Ciebie. - wykrztusił po czym spalił buraka.
Syn Hadesa otworzył usta ze zdziwienia. Był pewny, że Percy powie coś w stylu “Nie chcę mieć przyjaciela geja.” lub “Czy Ty nadal mnie kochasz, bo ja tego nie akceptuję”.
Jeszcze niedawno zareagował  by na taką informację entuzjazmem i falą radości. Ale nie teraz. Nico pomyślał o Willu. O wszystkich wspomnieniach z nim. Było ich co prawda mniej niż z Percy’m, ale były wyjątkowe. Uśmiechnął się w duchu na wspomnienie miny zmartwionego Willa, typowej miny lekarza martwiącego się o pacjenta. O niego.
  • Nie.
Gdy tylko to powiedział wiedział jak głupio to zabrzmiało. Percy nie zadał mu jakiegoś pytania tylko wyznał mu uczucia. W ogóle co to miało znaczyć. Di Angelo myśl zanim coś powiesz.
  • Percy, sorry, ale nie podobasz mi się już. Powiedziałem ci to. Myślisz, że teraz będę za tobą latał, bo połapałeś się w tym co czujesz? Nie. Za późno.
Nastała niezręczna cisza. Speszony Percy błądził oczami po pułapce. W tym właśnie momencie to musiało się stać.
Nagle z małych otworów w ścianach zaczęły wylatywać karmelki, żelki, fanfary, galaretki, papierowe gwiazdki i inne wycinanki. Lepiej być nie mogło.
Klapa otworzyła się i do środka zaczęły zaglądać roześmiane buzie.

Gdy przybył ratunek, a obu herosów wyciągnięto na zewnątrz każdy z nich mógł we włosach otworzyć sklep ze słodyczami (papierowe zwierzaczki gratis!).
Jednak wszyscy zauważyli, że ofiary żartu nie są w humorze. Postanowili zostawić ich w spokoju i zająć się zabawą w wskakiwanie w cukierkolandię.
Nico wyciągając sobie krówki pozakręcane w jego włosach kierował się o swojego domku kiedy za nim rozległ się śmiech. Od razu go poznał. Powstrzymał się od uśmiechu i odwrócił się.
  • Śmiejesz się ze mnie?
  • Hmm…  tak! To było zabawne. W prawdzie nie wygraliśmy, ale było śmiesznie. Po za tym będą inne bitwy. Następnym razem ich pokonamy! - powiedział Will roześmiany i klepnął Nica w plecy, równając się z nim.
Nico zmarszczył brwi nadal czując, że ma coś we włosach. Zaczął je przeczesywać szukając karmelka. Will zatrzymał się, a Nico razem z nim nadal szukając słodkości.
  • Pomogę ci. - zaoferował Will ze śmiechem.
Stanął na przeciw Nica, a ten zdał sobie sprawę, że jest sporo niższy od Solace’a. Poczuł się nieswojo. Syn Apollina nie czekając na zgodę di Angelo zmierzwił mu włosy. Czując dotyk ciepłych palców Willa Nica ogarnął błogi spokój, a zarazem podniecenie. Poczuł ciarki na plecach.
  • O! I jest. - Will wyciągnął już mocno zmasakrowanego karmelka i odrzucił w krzaki.
Oboje nadal stali w miejscu. Will spojrzał w dół na twarz Nica wyczuwając, że ten patrzy na niego. Syn Hadesa błyskawicznie odwrócił się w inną stronę. Will uśmiechnął się rozczulony. Wpatrując się dłużej w oblicze Nica zauważył, że di Angelo coś się stało. Odsunął się trochę ze zmartwionym wyrazem twarzy.
  • Co jest?
Nico jakby ocknął się z transu. Wzdrygnął się na dźwięk głosu Willa.   
  • Nic… - skłamał. Tak na prawdę myślał o tym, co powiedział mu Percy. Will to wszystko słyszał. Och Bogowie… słyszał to cały obóz. Jednak Solace nie oddalił się od niego. Nie powiedział nawet nic na ten temat. Zachowywał się jak zwykły Will. Zwykły, a jednocześnie niezwykły.  Było to...
I właśnie w tej chwili, wspomniany wyżej blondyn pociągnął Nica z taką siłą w kierunku… bliżej nieokreślonym, że wyrwał go z zamysłu. Po chwili zrozumiał, że jest ciągnięty w stronę swojego domku. Sam nie wiedział, czego chce od niego Will, bo nic nie mówił, ale powlókł się za nim.
U Percy’ego sprawy prezentowały się “nieco” gorzej. Właśnie siedział na przeciw Annabeth.
  • Jak długo już… - głos jej się łamał. - Kiedy odkryłeś, że czujesz coś do Nica?
To nie był jeden z tych momentów, w których Percy mógł powiedzieć, że żartował. Nie.
Annabeth była cała blada i zapłakana. Po raz pierwszy szatyn widział ją w takim stanie. To już nie była ta zawsze zorganizowana, spokojna i opanowana Ann. Dziewczyna wyglądała jakby… Przepraszam, była, na skraju załamania psychicznego.
  • Ja… podejrzewam, że od 7 miesięcy.
Dziewczyna tylko wstała i wyszła, trzaskając drzwiami, a Percy został sam.
“Ty idioto. Kto jest największym dupkiem? Jackson!” - pomyślał.
Aby pomyśleć udał się tam, gdzie mógł to zrobić. Do jeziora.


Will właśnie robił koktajl dla Nica. Kuchnia w domku była bardzo dobrym pomysłem. Nico myślał nad “zapożyczeniem” kilku naczyń z Pawilonu Jadalnego, ale niestety, okazało się, że poza granicami Pawilonu działają jak normalne. Syn Apolla podał mu napój i włączył telewizję  (najnowszy zakup Nica od domku Hermesa. ). Na jednym z tych śmiesznych kanałów śmiertelników był puszczany maraton jakiegoś serialu romantyczno - historycznego. Obydwaj patrzyli się w ekran bez przekonania. Serial opowiadał o jakiejś lasce, która zakochuje się w faraonie, oczywiście z wzajemnością. Mijał im sezon po sezonie. Obydwaj byli zamyśleni. Po chwili Will wyciągnął rękę do Nica i uścisnął ją, jakby się bał, jednak było to niemożliwe przy takim filmie.
  • Emmm… Will, wszystko ok? - spytał zaspany już Nico.
  • Tak. To znaczy nie. Nico, chciałbym Ci coś wyznać. Ja… - patrzył w dół, a jego palce samoistnie bawiły się jego blond włosami. - Nie wiem jak Ci to powiedzieć, ale czuję, że już dłużej z tym nie wytrzymam.
  • Will, o co chodzi, mów.
  • No bo… Tylko proszę, nie mów o tym nikomu. Nico, ja… Ja zadurzyłem się w Tobie.
Brwi Nica zciągnęły  się do siebie. Will bał się, że zaraz trafi do Podziemi, jednak chwilę potem ramiona bruneta zatrząsły się, a Nico wybuchł śmiechem.
“ Nie spodziewałem się po nim tego” - pomyślał Will i bez słowa poszedł powolnym krokiem do drzwi.
W pół kroku coś go zatrzymało. Zobaczył twarz swojego towarzysza. Była w… łzach.
  • Ja też Cię kocham, idioto. - Nico nie czekał zbyt długo, już po chwili ich usta z łączyły się.
Cały świat zwolnił. Will poczuł, że również płacze. Usta bruneta smakowały ziemiście i były chłodne, jednak dla Willa była to najlepsza chwila w życiu. Stali tak, na progu otwartych drzwi trochę za długo. Z zewnątrz dobiegł głośny krzyk i aplauz. Jednak ich w tym magicznym momencie nic nie obchodziło. 

piątek, 2 września 2016

Cześć!

Witajcie herosi
Jestem od teraz współwłaścicielką tego bloga (tak jesteście na mnie skazani hihi). Razem z Anią mamy w planach wspólne pisanie, ale możliwe, że zrobię też nową serię. Najprawdopodobniej będzie to wtedy Solangelo, bo uwielbiam ten pairing (spokojnie Percico też). Hmm... no co tu jeszcze powiedzieć. No dla informacji jestem córką Hadesa. To do zobaczenia 8)

wtorek, 12 lipca 2016

Rozdział III

Drużyna poszukiwawcza stała właśnie na wzgórzu, z którego widok rozciągał się na cały obóz herosów. Thalia zagwizdała tylko, a z cienia wyłoniła się pordzewiała taksówka. Zza szyby wyjrzała kobieta bez oczu. Tylko czy w takim razie na pewno "wyjrzała"? Skórę miała niezdrowo bladą, a na głowie naciągniętą na siłę czapeczkę z daszkiem, na której widniał napis "BEZPIECZNY KIEROWCA". Thalia całą drogę namawiała chłopaków, aby przebiegli dystans na wilkach łowczyń. Gdy wsiadała do samochodu była cała spięta. Drzwi same się zatrzasnęły i dwie staruchy odwróciły się do swoich klientów.
- Adres. - jedna z nich zaskrzeczała.
- Każde miejsce, na obrzeżach San Francisco. Zaraz... - Grover zamyślił się. - Poprzednim razem nie było Was... tak jakby więcej?
- Tak, ale jedna z nas wzięła urlop... Marlena musiała zabrać to głupie oko!
- Nie macie oka?! - do akcji wkroczyła, teraz już cała rozdygotana Thalia. - Marlena?!
- Kochanieńka, musimy dostosowywać się chociaż trochę do nowszych czasów, choć jak widzisz mamy lekki poślizg... Ostatnio imiona zmieniliśmy z dekadę temu. Wtedy to imię było popularne.
- No tak.

Nico znowu się uśmiechnął, co było zadziwiające. Percy odwzajemnił uśmiech, gdy zobaczył, że zdarzenia wczorajszego dnia nie zdołowały bruneta. Jechali już dobre 15 minut. Z prędkością 450 km/h powinni już być na miejscu. Dokładnie w tej samej chwili jak na życzenie wszyscy wgnietli się w fotele. Taksówka zatrzymała się na środku pola, w oddali słychać było szum autostrady. Thalia zapłaciła 35 drachm. Zatrzaskując drzwi burknęła w stronę Percy'ego:
- To kolejna sprawa, która powoduje, że wilki są lepszym transportem. Dasz im kawał mięsa i są zadowolone. Lepiej poszukajmy jakiegoś banku.
Wszyscy ruszyli w stronę drogi. Księżyc był w pełni. Co jakiś czas dobiegały ich narzekania ptactwa. Zboże trzeszczało. Powietrze było rześkie. Nico co jakiś czas spoglądał na szatyna. Za każdym razem łapał się na tym za późno. Jeden raz, drugi, trzeci... Tak bardzo cierpiał gdy widział, że martwi się o Annabeth. On go nie obchodził. Wiedział, że było to bardzo egoistyczne. Sam się sobą brzydził.
 "Przeklęty Jackson. Przeklęta Annabeth. " - z tą myślą ruszył przed siebie, zostawiając resztę w polu. Z jego myśli wciąż nie mógł wyjść Percy. Zmarznięty szedł przed siebie, na próżno próbując rozgrzać się. Jego ramiona dygotały. Nie wiadomo czy z zimna, czy gniewu. Był bezsilny. Nagle usłyszał pisk opon i trąbienie samochodu. Odwrócił się w bok. Jedyne co ujrzał to oślepiające światło. Czas jakby zwolnił. Każda setna sekundy trwała wieczność. W uszach pulsowała krew. Poczuł silne szarpnięcie do tyłu i krzyki przyjaciół. Za szybko. Wszystko wokoło zaczęło wirować. Świat zdawał się pod nim zapadać. Ostatnie co usłyszał to krzyk Thalii.

"Ja... umarłem?" - spytał nieśmiało. Nikt nie odpowiedział. - " Di Angelo... przecież to oczywiste... ale... nie! To nie może się stać! Nie teraz! " - krzyczał na cały głos. Zachowywał się jak dziecko. Małe i rozpuszczone. Zbyt dobrze znał Podziemie, aby nie wiedzieć w jakiej sytuacji znajdzie się nad tą cholerną rzeką. Jednak nie mógł pogodzić się z tym, że przeżył tyle sytuacji, a zabił go zwykły samochód. Nie, tak naprawdę doprowadził do tego jego gniew. Siedział... nie wiadomo ile, w Podziemiu czas płynie inaczej, gdy z mgły wyłoniła się, aż nazbyt dobrze mu znana łódka. Jednak coś było nie tak. Obok zakapturzonej postaci siedziała kobieta, odziana w srebrne ubrania. To było niesamowite. Ta osóbka kogoś mu przypominała, dobrze wiedział kogo, ale bał się, że czeka go kolejny zawód. Bał się dać sobie choć promyk nadziei. Czekał, aż łódź odpłynie. Była to kolejna poległa łowczyni. Jednak postać w kapturze zacumowała na brzegu. Przypłynęła po niego. Dziewczyna siedziała odwrócona, jednak gdy poczuła nagły wstrząs odwróciła się. Była... uśmiechnięta. I nie była Biancą. Twarz jednak była znajoma. Ujrzał Zoe Nightshade. Jak, kiedy, gdzie, co?! Miliony pytań cisnęły się brunetowi na usta. Bez odpowiedzi.
- Nico. Podejdź tu, proszę. Nie mogę tu być. Nie mogę również wyjść na ląd. - odezwała się Zoe.
Nico stał w bezruchu. Nie wiedział czy się zbliżyć, ale nie miał wyboru. Zoe była wyjątkowo blada, co nie jest dziwne, gdy jest się zmarłym.
- O co chodzi? - spojrzał na szatynkę z wyższością.
- Może trochę grzeczniej? To TY stoisz na krawędzi życia i śmierci, nie ja. Jestem martwa, chłopcze. Z pewnego powodu przysłano mnie tu, jak widzisz. Chodzi o Biancę.
Stara, krzykliwa łowczyni... zaraz. Bianca... Nico zaniemówił.
- Przykro mi, nie da się jej odratować. Chodzi o pewną rzecz, którą zostawiła za życia. To jej łuk. Jest w pobliżu miejsca, w którym zginęła. Chciałaby, abyś go zniszczył. Jest w nim zawarta ważna informacja. Dopóki nie powróci do właścicielki, ta nie będzie mogła udać się do Elizjum. Jest jeszcze jedna sprawa. Jak już wspomniałam, możesz pójść wraz ze mną. Sugeruję, abyś raczej poszukał innego rozwiązania. Niestety, Di Angelo, mój czas się kończy. Masz godzinę, na znalezienie wyjścia. Inaczej łódź znowu tu przypłynie. Pamiętaj o tym, co Ci przekazałam, Di Angelo.


Thalia oraz dwóch satyrów siedziało w ciszy. Na trawie leżał jeszcze ktoś. Nico. Nie poruszał się. Wszyscy płakali. Percy zaraz po tym, gdy zobaczył łowczynię niosącą syna Hadesa w ramionach, oddalił się. Pobiegł przed siebie. Zostawił ich wszystkich w potrzebie. W oczach Thalii był teraz zwykłym tchórzem i zdrajcą.

Percy biegł do pobliskiego lasu. Co chwilę krztusił się własnymi łzami. I krzyczał. Nie wiedział co ze sobą zrobić. To przez NIEGO jego przyjaciel, prawie jak... brat, umarł. Nie żyje. Śmiertelnik, który go potrącił odjechał z miejsca wypadku. Percy rozpaczliwie łapał powietrze. Dobiegł do lasu, ale stwierdził, że pobiegnie dalej. Po jego prawej stronie, w krzakach coś szeleściło. Wyjął Orkan. Na szczęście był to tylko królik. Szatyn usiadł na pniu. Wycieńczony, zasłabł.


Ode mnie:
Tak, gorgony są wszędzie. Tak, ten rozdział był napisany w połowie 2 tygodnie temu. Tak, postaram się aby było weselej, bo na razie to tylko ludzie znikają, mdleją, mają depresję i umierają. To tyle.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Pod klątwą #1


Hej! Tutaj opowiadanie, na które naszła mnie wena i tak oto powstało sobie przy muzyce. Być może zrobię z niego drugą serię. O ile się Wam spodoba (jak na razie piszę to do 2-3 osób, ale co tam, oficjalny początek musi być, nie :D?).

Nico

Zbliżały się wakacje. Nico już nie mógł się doczekać chwili, w której opuści mury więzienia, zwanego "szkołą specjalną". Mniej groźnych potworów było tu na pęczki. Po prostu był tym wszystkim zmęczony. W zeszłym tygodniu spotkał zabłąkaną gorgonę, nową kasjerkę sklepiku szkolnego. Teraz zapewne będzie go prześladować całą drogę do obozu. Tak, Jason i Leo namówili go na wyjście z Podziemia. Bał się. Bał się, że codziennie będzie musiał mijać się z Annabeth i Percy'm, że ciągle będzie wytykany palcami, że znowu przywiedzie ze sobą kłopoty, że ktoś odkryje jego tajemnice. W dodatku musi zaopiekować się heroską, którą spotkał w jednej z młodszych klas, w internacie. Nie miała nic do obrony, a co rusz znajdowały ją najróżniejsze greckie (i rzymskie!) postrachy. Działała na nie jak lep na muchy. Do jego gimnazjum przeniosła się parę tygodni temu. Nico ratował ją już wiele razy, niestety zaraz po jego nadejściu ona po prostu znikała.
Z zamyślenia wyrwała go właśnie ów gorgona. Stała na środku pustego korytarza. Wokół nie było nikogo. Nie przepuściła tej okazji. Bez słowa rzuciła się w jego stronę. On tylko wyjął swój miecz i pobiegł prosto na nią. Gorgona jednak potraktowała go niczym powietrze i pobiegła w stronę siedzącej dwieście metrów dalej brunetki z słuchawkami na uszach, jednak ta dalej nie ruszała się, pogrążona w swoim świecie. Gdy była już prawie przy niej, Nico teleportował się cieniem.
Jedna sekunda.
Dwie.
Trzy...
Za późno. Pazury potwora właśnie dosięgnęły celu. Dziewczyna zwinęła się z bólu, spojrzała na koszulę, na której widniała czerwona plama, po czym wymamrotała parę, z pozoru nic nieznaczących słów. Nico, który właśnie pozbawił gorgonę paru węży, usłyszał tylko pojedyńcze słowa: pomoc, matka i... Demeter. Dziewczyna mówiła po grecku. Zza szkolnej ławki wystrzeliła wszelka roślinność, a jego przeciwniczka rozsypała się w proch. Nie było czasu na namysły. Podbiegł do córki Demeter. Jej koszula była rozdarta, po ramieniu spływała krew. Dziewczyna była wykończona. Z bliska dostrzegł, że jest również mocno posiniaczona.
- Źle, źle, źle... trochę ambrozji. Choć trochę... - gorączkowo przegrzebywał swoją torbę. W najmniejszej, ukrytej kieszeni znalazł resztę batonika. Na opakowaniu widniał napis " O smaku porzeczki z dodatkiem ambrozji. Trzymać z daleka od dzieci i śmiertelników! " Wcisnął przysmak pomiędzy wargi poszkodowanej. Ona z widocznym trudem połknęła kawałek. Krwawienie ustało, a niektóre sińce zniknęły. Nico odetchnął z ulgą. Gdy otworzyła oczy, oszołomiona od razu zerwała się do ucieczki. Jednak on był szybszy. Złapał ją za niebieską, kraciastą (za dużą o conajmniej 3 rozmiary, więc to nie było trudne) koszulę. Popatrzyła na niego dzikim wzrokiem. Szarpała się jak mogła, ale milczała. W końcu powiedziała czystą greką coś w stylu "Puść mnie dupku, poradzę sobie sama.", a jej twarz wyrażała pogardę. Nico odpowiedział jej tylko oschłe "Nie". Najwyraźniej zaniepokojona tonem starszego herosa usiadła na ławce.
- Nie mamy czasu. Zabiorę Cię do miejsca dla takich, jak my.
Ona tylko pokiwała przecząco głową. Brunet westchnął, po czym powiedział to samo po grecku.
- Takie miejsce istnieje?! - odpowiedziała greką.
- Tak. Spadamy, ta gorgona wywołała niezłe zamieszanie. Nie ukrywam, że Twój krzyk miał w tym spory udział. Chwyć mnie za rękę.
Posłusznie zrobiła to. Dookoła ich zebrała się ciemność. Stali tak, w bezruchu jeszcze nie więcej niż pięć minut. Nagle oślepiło ich niewiarygodne światło. Znajdowali się na wzgórzu. W dolinie było widać obóz Herosów. Wszyscy zajmowali się swoimi sprawami. Od strony areny dobiegał szczęk stali. Ćwiczenia dla nowych herosów. Nico ruszył w dół nieśpiesznym krokiem, chowając dłonie w kieszenie. Po chwili nie słysząc kroków heroski odwrócił się. Stała na wzgórzu, przyglądając się obozowemu życiu z... niesmakiem? Strachem? Zdziwieniem?
Ciężko było ją rozgryźć.
- Słuchaj. Schodzimy tam, bo nigdzie indziej nie będziesz bezpieczna, a ja nie będę czekać cały dzień. Jasne?
- Tak...

Tym razem zeszli razem. Na dole zebrała się spora grupa obozowiczów, z Chejronem na czele.
- Nico! - rzucili się: Jason, Piper, Leo, Annabeth i Grover.
" Percy'ego ani śladu..." - pomyślał z ulgą. Gdy wszyscy się przywitali, ich wzrok spoczął na osóbce z tyłu.
- Aaa... Chejronie? Musimy porozmawiać. Teraz. - szybko, widząc to, Syn Hadesa wciął się wszystkim w zdanie, którzy już pytali kto to. Chejron natychmiast wychwycił zniecierpliwienie, błąkające się w oczach Nica. Biały ogier pokłusował szybko do Wielkiego Domu, ciągnąc za sobą dwóch zagadkowych herosów. Jeden bardziej od drugiego...
Dyskutowali już dobre pół godziny, gdy do środka wbiegł zdyszany Percy.
- Chejronie! Wokół obozu kręci się mnóstwo potworów. - widząc Nica zesztywniał. Jak on się tu znalazł? Po dłuższej chwili odwrócił wzrok, udając, że jest zbyt zajęty raportem. Nico poczuł się, jakby ktoś przeszył jego serce sztyletem. Zabolało. Bardzo. Jego miłość, przyjaciel, obiekt westchnień udaje, że go w ogóle nie ma. Odsunął się od stołu i po cichu wyszedł. Nie miał najmniejszej ochoty widzieć Jacksona dłużej, niż to potrzebne. Na szczęście nikt go nie zauważył, a w każdym razie nie powstrzymał. Zbliżała się pora obiadu, więc jedyne co mu pozostało, to udać się do pawilonu jadalnego...


Argea

Śmieszne miejsce, ten obóz. Siedzę przed Nickiem i tym drugim... Chejronem. Cały czas mówią w obcym mi języku. Jak dobrze, że chociaż Nico umie MÓWIĆ DOBRZE po grecku. U większości herosów ta umiejętność zanika. Syn Hadesa wciąż pyta mnie o różne rzeczy. Wszyscy myślą, że nic nie rozumiem. Jak dziecko. Już spędziliśmy pół godziny na rozmowie, kiedy nagle Nico odszedł od stołu. Wyszedł, akurat gdy przyszedł ten drugi chłopak. Chejron jeszcze chwilę z nim rozmawiał po czym spojrzał na mnie. Znieruchomiałam. Jego spokojne spojrzenie zbiło mnie z tropu.
- A więc mówisz... że zostałaś wychowana na Olimpie? Jak to możliwe?
- Najzwyczajniej w świecie. Matka mnie zatrzymała. Najwyraźniej przypominam jej starą córkę. - odpowiedziałam.
- Przeciętny heros nie dożywa sam paru lat, bez możliwości obrony... również nie jest wychowany na Olimpie, nie ucieka z niego, narażając się na gniew rodzica i nie przyciąga tylu potworów. Mamy teraz niezły problem... - spojrzał na zegar. - Oho! Pora obiadowa, pewnie jesteś głodna. Pawilon jadalny jest...
- Tak, wiem. Na lewo, a potem skręcam w prawo. Obok domku Dionizosa (ciekawe czemu).
Starałam się jak najszybciej skończyć tą rozmowę. Chjron już nic nie mówił, więc udałam się coś zjeść. Po drodze minęłam wszystkie domki. Robiły wrażenie. Jestem ciekawa, jak im powiem, że jestem córką dwóch bogów, ale z jakiegoś powodu urodziłam się heroską. To nienormalne. Na razie zatrzymam ten sekret dla siebie. Może nigdy nie ujrzy światła dziennego. Na "stołówce" nastolatkowie z jednego stolika machali do mnie i krzyczeli. Pewnie wieść o dziwnej córce Demeter rozeszła się w oka mgnieniu. Za pewne chłopak, który przybiegł do Chejrona wszystko rozgadał. Ok, usiadłam przy stoliku Demeter. Przed moim nosem pojawił się talerz z moją ulubioną potrawą. Grillowane warzywa. Ich aromatyczny zapach wypełnił całą stołówkę. Batonik od Nica zaspokoił mój żołądek (o podniebieniu nie mogę tak powiedzieć, grillowane warzywa i porzeczka to nie jest najlepsze połączenie, nie próbujcie), więc od razu poszłam do trójnogu. Wrzuciłam wszystko w ogień i wymamrotałam:
- Dla moich rodziców, Demeter i Apolla. Może w końcu powiecie mi do cholery, co to ma znaczyć?! - chyba ostatnie słowa krzyknęłam ciut za głośno, bo wszyscy odwrócili się w moją stronę. Od razu przeklnęłam się w duchu, ale myśli jakie mi przeszły przez głowę nie nadają się do publikacji. Niby nic takiego, jestem córką dwóch bogów, wychowałam się na Olimpie. Moi rodzice i tak wiedzą gdzie jestem, ale na szczęście nie próbują mnie na nowo ściągnąć na górę. Niepodobne do nich. Trochę się tego obawiam. Zeus chciałby, abym została boginią górskich pieśni. No proszę Was. Niestety z niewiadomych przyczyn urodziłam się śmiertelna. Coś poszło nie tak. Wada produkcyjna... Z równie dziwnego i nieokreślonego powodu w dniu moich 10 urodzin zostałam wyrzucona za drzwi. Zlądowałam w domu dziecka. Zastanawiałam się, nad zostaniem boginią. Problem w tym, że nie mogę. Noszę na sobie coś w rodzaju klątwy z nikąd... W sumie, to przy rozmowie z centaurem trochę pozmyślałam... no dobra, większą część... ok, macie mnie, całość była zmyślona. Z rozmyślania wyrwało mnie nagłe poruszenie całej grupy. Wszyscy odwrócili się w stronę stolika kadry. Dziewczyna o rudych włosach wstała. Bił od niej zielony blask. Przemówiła. Po grecku. Oczy wszystkich wyrażały przerażenie. Dziewczyna upadła na podłogę, po czym jakby nic się nie wydarzyło usiadła i zabrała się do jedzenia. Nie wiem, czy wszyscy to zrozumieli. Wiem jedno. Słowa płynące z ust rudej dziewczyny mówiły o mnie.

*********************************************************************************
Mam nadzieję, że miło się Wam to czytało :). Troszkę pogmatwane, ale mam nadzieję, że mniej więcej zrozumiałe (wyjaśni się w kolejnych częściach ;) )

Trzymajcie się, do następnego posta :)!

piątek, 24 czerwca 2016

Rozdział II

Percy siedział skulony pod wodą. Cały się trząsł. Dookoła jakby nigdy nic, pływały ławice małych rybek, newzruszone. Oczy w kolorze oceanu teraz miał zapuchnięte i czerwone od stresu. Zastygł tak, niczym figura woskowa ponad dwie godziny temu, ten czas minął mu na próbach wytłumaczenia swojego snu. Przez cały ten czas powtarzał sobie jak mantrę "Kochasz Ann, Nico Cię nie interesuje. Nico to tylko smarkacz. Jesteś zakochany po uszy w Annabeth. Ta wizja się nie ziści." W końcu stwierdził, że najlepszym sposobem będzie po prostu zapomnieć. Nico to był jego przyjaciel, musi pomóc odnaleźć mu się w obozie, a żadne jego urojenia nie mogą zaprzepaścić całych pomysłów Chejrona i reszty. Gdy wyrównał oddech, uspokoił się do reszty, odbił się od dna. Woda sama go uniosła. Wyszedł na swój balkon. Jego koszula była cała mokra. Pomyślał o suchym ubraniu, a woda zeszła z niego niczym stado węży. W oddali dało się słyszeć szczęk stali. Za pewne rozpoczeli właśnie bitwę o sztandar. Percy nie miał najmniejszej ochoty brać w niej udziału, ale powlekł się na miejsce zgrupowania. Po drodze minął Thalię.... no tak, skoro jest ona to na domiar złego są i łowczynie...  gdy doszedł na arenę po obu stronach stali herosi. Łowczyń ani śladu. Przeszukał wzrokiem tłum. Nie znalazł tam Ann, Grovera ani Nica. Gdy lepiej się przyjrzał, zobaczył, że siwy centaur na środku to nie Chejron. Był o zastępowy, trochę starszy Deatrus. Na pytanie o Chejrona burknął tylko w odpowiedzi coś o wielkim domu i o podwyżce. Więc szatyn się tam udał. W drzwiach zastał kłócące się Thalię i Annabeth, co już zwiastowało kłopoty. Dalej, w holu Chejron rozmawiał z Nickiem. Percy podszedł do nich i spytał:
- To o czym nie wiem? - to mówiąc spojrzał z udawaną złością na centaura.
- Kiedy ostatnio widziałeś Clarisse lub Chrisa? Lub braci Hood?
- ... Pod Emire State Building...
- No właśnie. W zeszłym tygodniu wysłałem tę grupę na misję do San Francisco... mogła zająć im najwyżej trzy dni.
- I wraz z Annabeth, oraz Thalią mamy biec im na ratunek? Tak? - centaur skrzywił się, ale w końcu powiedział:
- Tak. Nie pomijaj Grovera i Nica... Nasz uroczy team poszedł na zwiady w okolicach metro. Wyruszycie o wschodzie słońca, jutro. No, a teraz jazda wszyscy odegrać bitwę o sztandar! Czekają na Was! - cały optymistyczny Chejron. Choćby miał przekazać informację o utracie złotego runa, na koniec spróbuje wszystkich pokrzepić.
Cała grupka posłusznie opuściła Wielki Dom. Na arenie wszyscy patrzyli na nich, jak wygłodniałe sępy na stadko zabłąkanych mysz.
- No, dalej! Percy, Nico i Thalia do niebieskich! Grover i Annabeth do czerwonych! Chełmy na łeb. Wszyscy czekają! - raz po raz Deatrus wykrzykiwał rozkazy. Gdy dał znak do rozpoczęcia gry, wszyscy wybiegli. Hałas był porównywalny do całego stada antylop, chociaż co niektórzy prędzej dostaliby rolę bawołów. Percy, Nico i Thalia pobiegli na północ, w kierunku pięści Zeusa, jednak zatrzymali się przed wejściem do boru, ponieważ od bitwy w Labiryncie, nikt tam nie przychodził. Ewentualnie herosi, którzy stracili bliskich... Całym oddziałem dowodziła Thalia. Odkąd wstąpiła do łowczyń Artemidy, stała się ulubienicą Deatrusa, co wcale nie oznacza, że była z tego faktu zadowolona. Jako miejsce sztandaru wybrała wgłębienie w skale. Za stróża wybrała sobie dziewczynę od Afrodyty. Chociaż żywiła niechęć do wszystkich jej dzieci, umiejętność rozkazywania każdemu bez możliwości oporu drugiej strony była całkiem przydatna. Chwilę potem, ustawiła wszystkich, jak pionki na szachwonicy.  Trójkę z domku Aresa, zestawiła wraz z rodzeństwem z domu Demeter. Nie było to najlepsze połączenie, jednak, Percy nie śmiał zaprotestować. Wystarczająco pewna siebie Córka Zeusa, po zostaniu łowczynią, stała się wyśmienitym władcą. Percy'ego i Nica wyrzuciła na sam przód, a chłopaka od Hermesa i dwie dziewczyny od Apolla na tyły. Sama poszła za synami Posejdona i Hadesa. U Annabeth i Kozłonoga sytuacja wyglądała korzystniej. Dowodzącą została Ann, więc Grover mógł być spokojny. Dziewczyna wszystko obmyśliła aż w końcu pogrupowała satyrów z herosami z domku Hermesa, dzieci Nemezis z dziećmi Hekate, a domek Aresa zostawiła w spokoju. Każdemu dała wybór pozycji. Skończyło się na ustawieniu: przód - Ares, tyły - satyrzy i Hermes, ekipa pomocnicza - Nemezis, Hekate i reszta. Annabeth nie byłaby sobą gdyby tego wszystkiego nie zapisała. Gdy posłańcy z każdego oddziału przybiegli do Deatrusa i Chejrona, ten pierwszy zadął w róg. W ułamku sekundy hałas nie był już jak stado antylop i bawołów, a jak tsunami, połączone z chmurami burzowymi. Dzieci Aresa rzuciły się do ataku na oślep. Co poniektórzy krzyczeli: "Za Chrisa! Za Clarisse! Za naszą słodką parkę!", innym udzielił się bitewny nastrój i już nie zwracali uwagi na to co dzieje się poza nimi. Rodzeństwo z domku Demeter odciągało uwagę wroga, co jakiś czas maskując się wśród bliżej nieokreślonych pnączy. Satyrzy grali na przeróżnych piszczałkach, bębenkach oraz dzwonkach, a wojownicy lub wojowniczki je atakujące jakby nigdy nic padały przygniecione przez konary drzew. Przewagę miały tylko córki Afrodyty. Wystarczyło jedno słowo, a kilka satyrów na raz padało jak muchy. Domki Nemezis i Hekate głównie kłóciły się miedzy sobą, jednak wspólnie udało im się ogłuszyć paru zbyt porywczych dzieci Aresa. Annabeth stała przy sztandarze, nasłuchując. Nagle z lewej strony usłyszała szelest. Potem z prawej stłumiony chichot. Podeszła do najbliższych krzaków, i schowała się. W tej samej chwili, poczuła uderzenie w tył głowy i zamgliło się jej przed oczyma...
Bitwa trwała dalej. Thalia wraz z Percy'm coraz dalej zagłębiali się w terytorium wroga, pozostawiając w tyle biednego Grovera, który opadł na ziemię niczym kwiat, chichocząc po kilku słowach Kiery Smith z domku Afrodyty. Po drodze minęli paru synów Hekate i Nemezis bijących się pomiędzy sobą... zgodnie stwierdzili, że nie będą odrywać ich od tak zajmującej bójki. Powoli zaczynali się zastanawiać, czy nie wyszli poza teren bitwy, gdy nagle znaleźli się na małej polance. Po lewej stronie stał wbity czerwony, ponad dwumetrowy sztandar.
- Stój! Na pewno gdzieś w krzakach siedzi ukryty syn Hekate, niemogący się doczekać, gdy rzuci na nas jedno z tych swoich przeklętych zaklęć! - Thalia skarciła Percy'ego już wychylającego się zza drzewa.
- Albo posadę stróża dostał jakiś pierwszoroczniak, który pod wpływem emocji znacznie oddalił się od bazy... Nie ma co tracić czasu. Ubezpieczaj mnie z tyłu... a, napnij łuk. - to mówiąc wybiegł po cichu na polankę i zgarnął sztandar, po czym wrócił do Thalii.
- Jest! Szybko, biegniemy do Chejrona...
Gdy biegli razem, Percy po mału zaczynał się zastanawiać czym takim są karmione Łowczynie Artemidy. Podczas gdy Percy był ledwo w połowie drogi, Thalia już podawała sztandar centaurom. Deatrus ponownie zadął w róg. Z każdej strony lasu zaczęli przybiegać wojownicy i wojowniczki. Biegł również syn Nemezis, dzierżący sztandar niebieskich. Gdy zobaczył Thalię trzymającą sztandar jego drużyny wpadł w osłupienie...
- Ja-jak pokonaliście Chase?
- Panna Annabeth była na straży? - Chejron zapytał tonem dobrego detektywa.
- Tak...
Chejron i Deatrus obrócili się jednocześnie, miażdżąc Percy'ego i Thalię pytającym spojrzeniem, godnym Pana D, gdy zniknie jego fajka.
- Nikogo nie było na straży. Myśleliśmy, że czerwoni dali straż jakiemuś pierwszoroczniakowi, a ten za bardzo się oddalił.
Chejron natychmiast rozkazał Percy'emu pobiec do swojego domku i skontaktować się dzięki tęczy z Annabeth. Ten posłusznie udał się tam z tempem churaganu. Na półeczce (niebieskiej, bo jakże by inaczej) leżała nowa waza z morską wodą, nad którą w mgiełce lśniła ledwo widoczna tęcza. Szatyn wyjął z kieszeni drachmę, wypowiedział prośbę do Iris i rzucił pieniądz. Tęcza zamigotała i... migotała jeszcze przez trzydzieści sekund po czym zgasła. To nie wróżyło nic dobrego. Percy udał się na nowo do Chejrona, który już wraz z Thalią obmyślali jakiś plan. Gdy zauważyli grobową minę szatyna, centaur pokiwał z wolna głową...
- Nie pokazała się. W takim wypadku w obozie mamy nieproszonego gościa. Zwołajcie naradę przy stole do ping-ponga.
Tym razem nie próbował nikogo pokrzepiać. Sprawa była poważna...

Wszyscy dyskutowali już dobrą godzinę. W między czasie domki Nemezis i Hekate darły pomiędzy sobą koty, chłopcy od Aresa puszyli się niczym pawie, mówiąc, że tylko oni nadadzą się do odnalezienia czołowej "słodkiej parki" od Aresa, a dziewczyna od Afrodyty bawiła się piłeczką do tenisa. Cały ten harmider przerwał donośny głos Chejrona:
- Cisza! Pojadą: Thalia, Percy i Nico. Niestety nie może pójść więcej herosów. Taką mamy tradycję.
Nagle dziewczyna od Afrodyty, Nadia, do tej pory zajęta zabawą blatem przemówiła:
- Satyrzy to nie herosi, prawda? - i dalej zaczęła dłubać serca w drewnie. Wzrok większości na niej spoczął, a zdziwiony Deatrus przytaknął. Chejron dopisał jeszcze do listy dwóch satyrów, z czego jednym był Grover i z zadowoleniem oznajmił im, że pojadą. Ich miny pozostawiały wiele do życzenia. Umówiony wyjazd był po godzinie dwudziestej. Thalia miała wszystko ze sobą, więc czekała na resztę pod pawilonem jadalnym. Chwilę później doczołgał się tam Nico, z przewieszoną niewielką torbą z wielkim napisem "Nike", oraz zarzuconą na ramie kurtką pilotką. Gdy w końcu doszedł do nich Percy, burknął tylko:
- Wygląda na to, że dzisiaj nie zamontujemy Twojej zmywarki.
Nico tylko uśmiechnął się pod nosem i zawołali demoniczną taksówkę...

środa, 22 czerwca 2016

Witajcie!

Witaj. Jeśli tu trafiłeś to za pewne zabłądziłeś w internecie. Jednak może zamiast zamykać od razu kartę, zostaniesz tu jeszcze chwilę i przeczytasz, to co mam Ci do przekazania. Jak pewnie zauważyłeś blog będzie dotyczył Percy'ego Jacksona. Bardzo lubię pisać opowiadania, więc czemu nie podzielić się tu czymś, a może komuś się spodoba. Pomysł na ten blog narodził  się w mniej niż minutę. Nie będę już zawracać Ci głowy, możesz teraz zamknąć tą kartę albo... przeczytać do końca :).


Rozdział 1


W obozie Herosów właśnie trwała budowa nad domkiem Nemezis, Hekate, Hadesa oraz innych, do tej pory pominiętych bogów. Annabeth, jako główny projektant domku Hadesa, właśnie objaśniała Nico'wi Di Angelo najnowszą technologię wymyśloną przez Dedala, którą ma zamiar zainstalować w jego kuchni.
- ... i tutaj będzie trzeba poprosić o pomoc imprezowe kucyki... O, Percy! - blondynka widząc syna Posejdona od razu rzuciła mu się w ramiona, na co ten się trochę skrzywił. Ostatnimi czasy dziwiła go nachalność dziewczyny. - Planuję właśnie z Nickiem budowę zmywarki. Może mógłbyś pomóc Chejronowi i jego bandzie, zrobiłbyś to.
Mówiąc to wcisnęła mu do rąk laptop z jarzącym się znakiem Dedala. Na wyświetlaczu było mnóstwo kół zębatych oraz rur, w których płynęła niedbale narysowana woda. Percy spojrzał znad laptopa z powątpiewaniem, ale chwilę później powiedział:
- Dobrze, zawołam może Tysona do pomocy i zabiorę się za to dziś wieczorem, o ile Nico, nie będziesz miał nic przeciwko.
- Jasne, że nie, tylko... jest mały problem, Tyson jest przecież teraz w kuźniach Posejdona, zapomniałeś?
Szatyn tylko westchnął ciężko, i powlókł się w stronę areny. Po drodze minął skończony już, domek Nemezis. Ściany były zrobione z marmuru, obustronne drzwi wysadzane były drobnymi, zielonymi szmaragdami, a przed nimi piętrzyły się dwie kolumny z wężami owiniętymi dookoła. Nemezis nie próżnowała wysyłając dotację na budowę domku. Szedł dalej ciężkim krokiem, kiedy usłyszał skowyt psa. Pobiegł szybko w stronę areny, po drodze gubiąc Orkan, oraz paczkę po zużytych gumach do żucia. Gdy wbiegł przez bramę na wielki plac zobaczył Panią O'Leary w najlepsze żującą, starą już szmacianą zabawkę, wielkości centaura. Jednak coś tu nie pasowało. Ostatnimi czasy ogar przybiegał tylko, gdy potrzebowano go w obozie, a teraz na arenie nie było nikogo. Nikogo, jeśli nie liczyć starej, czarnej szmacianej lalki, zza której po chwili zobaczył parę lśniących, przenikliwych oczu. To był Nico. Musiał przybyć tu za pomocą cienia. Po jego dziecięcej twarzy spływały łzy, a Pani O'Leary zlizywała je raz po raz. Percy przez krótką chwilę zastanawiał się co zrobić, ale w końcu podbiegł do obydwu. Nic nie mówiąc ostrożnie podszedł do Nica. Ten zdawał się nieobecny...
- Nico...
- Odejdź! - wrzasnął przez łzy. - No już! - to mówiąc wyciągnął swój miecz ze stygijskiego żelaza.
Zdziwiony Percy odruchowo sprawdził czy ma Orkan w kieszeni. Była pusta. Ramiona Nica zatrzęsły się i choć próbował ustać, upadł na ziemię. Percy wreszcie zrozumiał, że ten chłopak doznał za dużo cierpienia w ciągu swojego krótkiego życia. Za dużo. Podszedł do niego i opatulił kurtką pilotką porzuconą dwa metry dalej. Nico dalej łkał co jakiś czas powtarzając ciche "Nie..". Siedzieli tam tak długo razem, aż w końcu zapadli w sen...


Grover właśnie nieśpiesznym kozim kłusem biegł w kierunku domku Posejdona.
- Peeercy! Wstaaawaj! Ann i ja nie potrafimy uspokoić imprezowych kucyków! Wypijają nasze piwo korzenne! PEEEERCYY!!! - w końcu satyr zdecydował się wejść oknem, chociaż bardzo nie lubił wody, to piwo korzenne było tego warte. Gdy z wielkim hukiem wpadł na łóżko, okazało się ono puste. Satyr zabeczał i znów rzucił się przez okno w panice. zapominając o drzwiach. Po długich próbach wyjścia z jeziora, gdy wreszcie mu się udało, ujrzał niezadowoloną twarz Annabeth.
- Grover... to jest szybko, do cholery?! W takim razie najbliższą zimę spędzisz o suchym pysku! Piwa korzennego już nie ma. Zaraz...
- Gdzie Percy? - Grover wciął się Annabeth w zdanie. - Sam chciałbym to wiedzieć. Wygląda na to, że nie wrócił na noc do domku.
Ann wyglądała jakby ją piorun strzelił. Jej oczy przybrały burzowy kolor i od razu pobiegła do Chejrona, po drodze zahaczając o domek Afrodyty. Na szczęście nie znalazła go tam. Gdy dobiegła do miejsca zebrania centaurów, zwinnym ruchem przecisnęła się do Chejrona.
- Chejronie, wiesz gdzie podział się Percy? Nie ma go nad jeziorem kajakowym.
- Hmm... Weź Grovera i sprawdź w Wilekim Domu, na polach truskawek i może na arenie.
To słysząc, już spokojnym krokiem poszła w stronę Wielkiego Domu...


Percy obudził się w miejscu, które bardzo przypominało plażę nad rzeką Styks. Nie, to była ta rzeka. Pare metrów przed nim stała postać w ciemnej todze. Chciał uciec, jednak zamiast tego podszedł do niej. Postać odwróciła się. Był to chłopak, wysoki, ciemne włosy do ramion. Oczy miał podkrążone, a po policzkach spływały łzy. To był sporo starszy Nico Di Angelo.
- Percy... - urwał, i skrył twarz przerażony.
" Co ja tu robię?!" - Percy próbował coś powiedzieć, jednak wiedział, że w snach to nie możliwe. One się po prostu ciągną. Jego nogi samoistnie podeszły do bruneta, podniósł mu głowę do góry i patrzył mu się w oczy przez dłuższą chwilę, po czym jego wargi dotknęły ust Nica. W zgaszonych oczach bruneta dało się widać iskrę nadziei. Percy był oszołomiony na tyle, że obraz zaczął znikać w mroku, teraz stał wraz z Annabeth na pomoście w domku Posejdona. Na jeziorze wiał wiatr, przez co powstawały małe fale, niczym grzywy hippokampów. W oddali dało się słyszeć nawoływania Grovera "Pe-ee-rcy! Pee-eercy!"..

-Percy! Percy! - głos diametralne się zmienił. Teraz był kobiecy, należał do Annabeth.
Gdy otworzył oczy zobaczył twarze: Annabeth, Grovera, Chejrona i jego sennego koszmaru, Nica di Angelo. Otrząsnął się. Od razu Annabeth zaczęła go wypytywać.
- Czy wszystko dobrze? Na pewno? Budziliśmy Cię z godzinę...
Percy przytulił Ann i zapewnił wszystkich, że czuje się świetnie, chociaż nie wyglądali na przekonanych, więc wysilił się trochę, i obdarzył ich bladym uśmiechem. Gdy się rozeszli, pobiegł do swojego domku, po czym wskoczył do jeziora...